2022.09.03 – Uczta w Księstwie Draconii

W dwudziestym drugim roku, kolejnego tysiąclecia, jesień wcześnie wysłała swych harcowników. Oni to pozłacając i czerwieniąc liście, zapowiadali krótsze coraz i chłodniejsze dni, a z nimi jej rychłe nadejście zwiastowali. Słońce wyraźnie obniżyło swoją drogę po tarczy nieba, chociaż stojąc w zenicie, wciąż silnie grzało ziemię swymi promieniami. Wieczory wolne jednak już były od ciepła a i w ciągu dnia, gdy chmury przesłaniały słońce, gęsia skórka natychmiast przypominała że nadciąga koniec najcieplejszej z pór rok – nawet jeśli przypomnienie to było delikatne, niczym muśnięcie skrzydeł motyla na policzku.

Lud Wesołej Kompani, cieszył się ostatnimi chwilami lata, świadom iż przez wojnę, pustoszącą daleki wschód kontynentu, oraz niedawną zarazę, która to nie do końca wygaszona została, zima ta mogła się okazać bardziej przykrą niż wszystkie minione w historii grupy zbrojnych obieżyświatów. Na razie jednak, lato dawało swe dary szczodrze i lekką ręką, z czego wszyscy korzystali chętnie.

Mimo radosnych dni, każdy wszak pamiętał o swych powinnościach względem Kompanii. Zbrojni wychodzili na bliskie i dalekie patrole a wieczorami ćwiczyli na nieodległej polanie pod lasem. Rzemieślnicy w swych warsztatach, wykuwali, strugali, toczyli, zszywali i pracowali narzędziami, każdego dnia z równie wielką sumiennością jak zawsze. Każdy z Kompanionów i Rekrutów, dbał by gród który razem zbudowali, rósł w siłę i opływał w dostatek.

Jednego z sierpniowych poranków, wydarzyło się jednak coś, co zakłóciło bezpieczną rutynę osiadłego życia Wesołej Kompanii.

Oto u bram grodu, stanął posłaniec. Zbyt zdyszany by coś powiedzieć, na koniu równie jak on zdrożonym, miał jednak przy płaszczu zapinkę po której go poznano, bo z daleka lśniła czerwonym i czarnym kolorem emalii, gdzie w czarnym polu właśnie, stała postać smoka – Księstwo Draconii.
Gdy tylko pismo na ręce Starszego nad Prawami złożył, na siodło wskoczył i czym prędzej w drogę powrotną ruszył. A gdy kurz jeszcze opaść nie zdążył, Kapitan Dawid wertował już pięknie skreślone i pieczęcią opatrzony dokument, od wielkiego przyjaciela Kompanii, Księcia Wszebora.

Pan na Ziemiach Księstwa Draconii, w gościnę do siebie zapraszał, rad wielce kompanijnego towarzystwa zaznać podczas dorocznego wiecu swego ludu. Wyjątkowy był to zaszczyt, bowiem jak dotąd tylko najbliżsi z bliskich, powiernicy i przyjaciele Księstwa, dopuszczani byli by w tym szczególnym dniu, być przy poddanych księcia i nim samym.
A chociaż ogromnie miły i sympatyczny każdemu z Kompanionów był to moment, konsternacja wkradła się pośród nich, bowiem czas w którym odbyć się miało owo wydarzenia, nakładał się na wcześniejsze zobowiązania i obietnice, przez co z pełnym i najgodniejszym orszakiem, wyruszyć nie było możliwości, a przynajmniej, nie była to sprawa prosta.

Kapitan trudził się kilka dni i nocy, lecz w końcu dobrał tych którzy mieli najlepiej, pomimo niewielkiej liczby; powagę, klasę i dostojeństwo (a także legendarną Wesołość) Wesołej Kompani pokazać.
Wybrał więc swojego zastępcę Jana i jego połowicę Sylwię, którzy co pewne było, nie przyniosą strojem ni zachowaniem ujmy wizerunkowi Wesołej, a wspierać i pomagać im, miał Lothar, Kompanijny Starszy nad Prawami.
Kiedy już jasne było kto wyruszy, zaczęto przygotowania czynić by czasu nie tracić. Tak też w drogę ruszyli w asyście zbrojnej czeladzi, która wszak zostać miała blisko miejsca spotkania, by w razie zagrożenia przyjść z pomocą. A czasy były niespokojne, na gościńcach i leśnych duktach wielu obcych widywano, więc o bezpieczeństwo poselstwa koniecznym było zadbać przezornie i zawczasu. 

Nie godzi się jednak by na zaproszenie, tak znacznej persony, z pustymi rękami się udawać, tak też pani Sylwia poczyniła słodkie ciasto, bogato okraszone jabłkami, które było przysmakiem nie lada, a w zanadrzu czekał też drugi podarek będący niespodzianką dla Księcia tym większą, że nawiązywał on do dawnej historii i osoby, która w pomroce dziejów z ziem Dracońskich odeszła, teraz jednak znów w poczet żywych wracała i właśnie za pośrednictwem Wesołej Kompanii chciała dać znać o swym do żywych powrocie.

Kierowali się więc w stronę Grodziska Rzeczyca, gdzie spotkać się mieli wszyscy poddani Księcia Wszebora, jego drużyna, On sam i zaproszeni goście.

Słońce stało w zenicie, gdy w sobotę postój uczynili na łące, nieopodal jednego ze wzgórz. Z miejsca tego jak na dłoni, widać było całą warowną osadę.
Im bliżej grodziska byli, tym wyraźniej widzieli że lata świetności, miejsce to miało za sobą – chociaż wciąż cieszyło oko i robiło wrażenie, tak walorami obronnymi – gdyby obsadzić odpowiednio liczną załogą wały – jak i zapleczem dzięki któremu życie wewnątrz zabudowań było nie tylko bezpieczne lecz też wygodne.

Mostek przerzucony nad niewielką fosą, prowadził na dziedziniec od którego rozchodziły się ścieżki i uliczki pośród zabudowań grodowych. Blisko też było do rozstawianych w pocie czoła i zapełnianych wszelkimi dobrami stołów, które to pod nieodległą wiatą posadowione zostały. Stamtąd natomiast, ledwie spacer dzielił wszystkich od miejsca gdzie wiec główny miał się odbyć.

Przyjazd Wesołego poselstwa nie umknął uwadze Dracończyków, toteż gdy tylko bramę oni przekroczyli, widać było pięty i tuman kurzu, biegnącego z wieścią do kogoś znacznego, młodego pachołka którego rolą najwyraźniej było, by gości właśnie wyglądać i wieści stosowne przekazać. Zaraz też Piastun Księcia, były Kanclerz Dejris Ostaris wyszedł powitać przybyłych. Twarz jego radość wyrażał, a uśmiech z ust mu nie schodził, chociaż widać było że znużony jest wielce, a ostatnie dni musiały go zmęczyć okrutnie. Mimo to znalazł dla Pana Jana, Pani Sylwii i towarzyszącego im Lothara czas, oraz zaczerpnął z bezbrzeżnych pokładów gościnności i szczodrości proponując im miejsce by się odświeżyli po podróży oraz wypoczęli nieco, kosztując lekkiego wina i owoców z książęcych sadów.

Zgiełk, poruszenie i krzątanina wzmagały się każdą chwilą, im bliżej było momentu rozpoczęcia uroczystości. Widać też było że nie tylko Wesoła Kompania, stawiła się na zaproszenie Księcia – oto Pan Szymon z Pocztem swym – wielce sympatyczny jegomość znany z turniejów i wydarzeń na mazowieckiej ziemi się odbywających, osobą swoją wzbogacił ten dzień szczególny. Jednak oczy większości najstarszych stażem i wiekiem Dracończyków, w stronę szły gościa niespodziewanego, chociaż znak bardzo dobrze znany wszystkim dzierżył, jako reprezentant tych do których również kurier zaproszenie poniósł. Oto bowiem w imieniu Smoczej Kompanii, przybył Pan Michał z Opaczy, zwany Młotem na Germanów. Rycerz znaczny, legendarny wojownik, znany poeta, orator i postrach wielu urodziwych córek, których ojcowie nie upilnowali dość skutecznie przed jego… uśmiechem i ciętym… żartem.

W tak zacnym towarzystwie, prowadzeni przez poddanych księcia, ruszyliśmy ku miejscu wiecowemu, wykorzystując czas by się w mniejszym gronie już z gośćmi innymi poznać, lub przywitać po długim czasie rozłąki. Gdyśmy na miejsce dotarli, widać było na co czas i pracę przeznaczyli w ostatnich dniach Dracończycy – tron czekał już przygotowany, a grajkowie i minstrele wprowadzali nastrój podniosły, acz nie smutny. Bębny, piszczałki, gęśle i rogi, zapowiadały nadchodzący orszak Smoczego Władcy.
Gdy zza młodnika brzozowego wyłonił się Piastun Księcia, włócznie dzierżący i przy tarczy w barwach Draconii – znać było że wiec się rozpoczął.

Zajmując miejsce na podwyższeniu, Książę powitał swych poddanych, wyrażając wdzięczność i uznanie dla ich wysiłków w przygotowaniu corocznej uczty. Przypomniał chwalebne i znaczące wydarzenia w roku minionym, upomniał tych którzy nie sprostali oczekiwaniom jakie przed nimi postawiono, po czym powitał zebranych gości którzy na jego zaproszenie odpowiedzieli.
Kolejno więc, przed obliczem jego stawali Pan Szymon z pocztem swym, Wesołej Kompani przedstawiciele i Pan Michał z Opaczy.
Radość swoją władca Draconii oznajmił wszystkim zebranym, jako że ucztować pośród wypróbowanych przyjaciół, to w trudnych czasach najwyższe szczęście.

Mając wszystkich w zasięgu wzroku, gdy głos jego donośny wybrzmiewał pośród zebranych osób, Książę Wszebor przeszedł do tej części, która to dla niemal każdego z gości, teatrem dworskim była jedynie, jednak dla jednego z nich, był niczym domknięcie klamry jego własnej historii. Oto bowiem wezwany został półwolnych sługa, Daniel, Sikorem zwany.
Wyraźne zaskoczenie i przestrach lekki, malowały się wyraźnie na jego obliczu, jednak nieulękły podszedł do wskazanego mu miejsca.
Gdy stanął pośród zgromadzonych, jasnym się stało że oto na naszych oczach zadziać się miało zdarzenie, na które nielicznie (lecz jednak obecni i wtedy i teraz) czekali niemal dwie dekady.
Wolność.
Wolność osobista. Wolność od rozkazów innych poddanych Księcia. Wolność od poleceń i wysług innych, niż względem tronu.
Wolność.
Oniemiałego i lekko oszołomionego tym darem, z rąk Wszebora, przebudziły nagle wiwaty, okrzyki, oklaski i śpiewy, oto bowiem w poczet Wolnych Wojowników, trafiał ten dla którego od dawna czekało miejsce pośród najgodniejszych.
A gdy gratulacje, życzenia szczęścia i wszelkie brawa wciąż głośne były, gdzieś w tłumie, na chwilę tylko, gdy nikt zobaczyć nie mógł, zaszkliły się oczy, które widział przed laty młodego wariata o skrzydlatym sercu, który uśmiechem i dobrocią zjednywał sobie przyjaciół, a ciężką pracą konsekwentnie zbliżał się do wolności, przekora losu i przewrotność decyzji, porwała w wielki świat.
Rozproszyły to, co było pewne i niezachwiane. Przerwały to, co było silne niczym spiż.
Pośród zgiełku i radości, jedne usta wypowiedziały bezgłośnie, dwa krótkie słowa:
„Nareszcie. Zasłużyłeś”
Każde z uniesień jednak, tak szybko jak wznosi nas ku niebu, tak szybko na ziemie sprowadza, wszak to na dworze Księcia, a nie Wolnego Daniela, zwanego Sikorem – każdy z nas się znajdował wtedy.

Gdy awanse przyznano a przysięgi odnowiono, ruszyli wszyscy w dostojnym korowodzie na miejsce kultu, gdzie u stup wbitego w ziemie słupa, obrzędy się odbywały, dziwne i tajemnicze. Sam Wszebor im przewodził, do bogów Dracońskich słowa wykrzykując, Smoczą Krwią (okrutnym i straszliwym, dającym podobno nadludzkie moce, napitkiem) raczył siebie i swoich przybocznych.
Pan Dejris, odczytał prawa i obyczaje smoczego ludu, wedle zwyczaju i nawyków z lat minionych, by każdy zebranych mógł przypomnieć sobie i w pamięci utrwalić, co też oznacza „Bycie Dracończykiem”.

Kiedy też dopełniono obrządków, a słowa które winny być wypowiedziane, wybrzmiały z należytą mocą… nic już nie stało na przeszkodzie by ruszyć, tanecznym krokiem, ku stołom biesiadnym.
A było gdzie się śpieszyć, bowiem czas ceremonii wzmógł we wszystkich głód i pragnienie, a apetyty nasze tym bardziej na próby zostały wystawione, bo w powietrzu unosiły się zapachy mięs, pieczywa, ciast wszelakich i dań najwykwintniejszych.
Z godnie z kanonem zachowania przy Książęcym stole, goście przed rozpoczęciem posiłku, dłonie mogli obmyć i wytrzeć w płócienne ręczniki. Czyści i godni, podeszli do stołów, czekając aż miejsca swe zajmie sam władca i jego świta.

Zanim się zorientowano że coś się zdarzyło, już naczynia wszystkich pełne były napitków zgodnych z ich gustami. Prędko też wydarzenia zaczęły dziać się lawinowo, ciepłe dania, toasty, intonacje pieśni i kolejne toasty.
Na uwagę jednak zasługuje fakt, że zanim udzielił się nam wszystkim nastrój frywolności i nieskrępowanej zabawy, przytomność delegacji Wesołej Kompani uratował pan Jan, dając sygnał dla Starszego nad Prawami, że oto najlepsza chwila przed nimi, by prezent który przywieźli ze sobą, na ręce władcy przekazać.

Warto w tym miejscu nadmienić, że szczęśliwa i nader fortunna gwiazda sprzyjała Wesołemu orszakowi, jako że w osobie pani Sylwii, mieli oni niczym klejnot najdroższy, zdolną i wprawioną w wypiekach wszelakich mistrzynię, która to własnoręcznie Korowaja Wesołego przygotowała, jako dar od Kompani dla Księstwa. A chociaż tradycją i zwyczajem jest czynienia ichniego wypieku w tym rodzaju, na uczty które Pan na Dracońskim Księstwie zarządza, to dając ten właśnie dar, Wesoła Kompania widomym uczyniła znak; przyjaźni, znajomości tradycji, wrażliwości na obyczaje gospodarzy i… dobrego smaku, gdyż wypieki czynione dłońmi pani Sylwii, znanymi są i cenionymi wielce frykasami na najznamienitszych stołach.
Wręczył go więc SnP Lothar Księciu, ponad stołem go podając, a w ślad za nim powędrował prezent niespodzianka, którego nikt się nie spodziewał, lecz był to – jak pojawienie się pana Michała z Opaczy na Dracońskiej uczcie – szept z przeszłości, którego dźwięki, przypomniały zebranym o minionych dniach świetności i chwały.

Szklana flasza nalewki, przesłana przez dawnego książęcego poddanego Sambora, zaskoczyła i uradowała Księcia oraz tych z jego poddanych, którzy w swym długim żywocie, mieli okazje i szanse, Sambora z dawnych czasów pamiętać.
Moment wzruszenia, ulotna chwila ciepłych uczuć, ściszyła na kilka uderzeń serca rozmowy i gwar, który przy stołach narastał… a gdy przeminęła, wszyscy mieli jak najserdeczniejsze nastroje i humor wyborny, bo też jest coś miłego i podniosłego w tym by w dniach i wydarzeniach ważnych na naszej drodze, móc się odnieść i wspomnieć czasy które minęły i miejsca oraz ludzi, których spotykano na swojej drodze.

Zaraz też jak w pismach o Dracońskim Ucztowaniu, ostatni z ważnych i oficjalnych punktów się zadział.
Książe Wszebor uniósł solidnego i dorodnego kołacza, którego obfitość zaświadcza o bogatym i zasobnym roku minionych i wróżbą jest dobrą na rok i sezon kolejny, a wiedzieć musicie że kołacz w tym roku, tak wielki był i dorodny, że nie znalazł się nikt przy ucztowym stole kto by na pytanie Władcy, „CZY WIDZIECIE MNIE Z ZA TEGO KOŁACZA?” twierdząco odpowiedział.
Wtedy też każdemu z obecnych, ukrojono bo olbrzymim fragmencie i nastał czas swobodniejszej już zabawy i biesiadowania, natychmiast też rozbrzmiały pierwsze, drugie i kolejne toasty, którymi goście przekrzykiwali się i przepijali do siebie na wzajem.
Kolejne dania, wnoszono na stoły i tak już uginające się od owoców, warzyw, serów, wypieków, soków, napitków i mięs.

Nie byłaby jednak Draconia, Draconią właśnie – matecznikiem kultury, latarnią morską wyrafinowania na oceanie barbarzyńskich władców – gdyby nie popisy oratorskie jej kronikarza i zaufanego urzędnika dworu Książęcego, Pana Izbora.

On to na okoliczność wydarzenia, które okrągłą rocznice miało w tym roku, przywołał jeden z największych Dracońskich poematów, na okoliczność Bitwy o Służew i tego co przyniosła ona ze sobą dla Księstwa.

Słuchali wszyscy w skupieniu i z uwagą. Dla jednych bowiem, były to opisy żywo przywołujące to, w czym sami brali udział przed dwudziestu laty, inni dowiadywali się jak to kiedyś było w Księstwie, a jeszcze inni zaczerpnąć mogli z mądrości życiowej grupy i poznać że każde wydarzenie, choćby i tak straszne i krwawe jak walki z najeźdźcami i utrata grodu Książęcego, mogą być nowym początkiem, zabliźnieniem starych ran i początkiem nowego braterstwa.

Poemat o wydarzeniach z przed dwóch dekad, idealnym początkiem do przywoływania wspomnień się okazał, a potem do opowieści z czasów bliższych dzisiejszym dniom.
Tak też biesiadowali wszyscy, co raz to nowe toasty wznosząc i od czasu do czasu, spacerów zażywając po okolicy biesiady, aby nogi rozprostować, a też uczynić więcej miejsca w brzuchach i pomóc ułożyć się już spoczywającym w nich frykasom. 

Gdy słońce swym świetlistym dyskiem, wyraźnie ku horyzontowi zaczęło się zbliżać, znak to był dla naszej Wesołych Kompanionów tak gościnnie przyjmowanych na Dracońskiej ziemi, że czas już najwyższy by wracać na swoich ludzi, kapitana i obowiązków. A chociaż gospodarze gościnę im zapewnili i wszelkie wygody, czas był już w podróż ruszać, bo i droga przed nimi długa a liczne niebezpieczeństwa, przeszkodzić mogły cel zamierzony szybko osiągnąć.

Pożegnali się, jako zwyczaj i prawo nakazywało, a także sympatia Wesołej do tego Smoczego ludu i ich władcy, co przez lata prawdziwymi przyjaciółmi i druhami ich się stali, razem przez wieki podróżując. Z radością największą, w imieniu Kapitana swego, na ręce ich, zaproszenie złożyli bo mając już termin swego Wiecu w planach, ogromnie liczyli na obecność tak znamienitych gości.
Ruszył więc orszak, wzmocniony zbrojną czeladzią co eskortować ich ponownie miała, a wszyscy którzy w tym wydarzeniu uczestniczyli, ponieść mieli wspomnienia i opowieści, wybornej zabawy oraz godnego przyjęcia, jakie zgotowało Wesołej Kompani, Księstwo Draconii.

Obyśmy wszyscy częściej mogli z Dracończykami biesiadować pod wolnym i szczęśliwym niebem.

Z kronik Wesołej Kompanii
Ręką Lothara poczynione

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *